















Strona główna » Artykuły » Aktualności » Ukrywanie mandatów w przetargach
Autor: Łukasz Bąk
Po okresie, w którym mandaty PIP niemal automatycznie wykluczały wykonawców z przetargów, najnowsze orzeczenia KIO wprowadzają istotną zmianę w podejściu do ich oceny i ponownie otwierają dyskusję o granicach proporcjonalności w zamówieniach publicznych.
Tym artykułem chciałbym podsumować kilkumiesięczny, gorący temat przewodni tegorocznych przetargów, który eksplodował zimą niczym uśpiony wulkan. Wedle mojej najlepszej wiedzy, Gazeta
Leśna, portal Firmylesne.pl oraz moja skromna osoba, przyczyniliśmy się do tego artykułem, który ukazał
się w grudniu. Powiedzmy od razu, że nie odkrył on Ameryki, ale wielu uczestnikom rynku usług leśnych uświadomił, jakim problemem w przetargach mogą być mandaty nakładane przez Państwową Inspekcję Pracy.
We wspomnianym artykule wskazałem, w oparciu zresztą o doświadczenia klientów, że taki mandat, choćby najdrobniejszy w swojej wysokości, może być powodem odrzucenia oferty. Jest to o tyle dotkliwe, że niemal każda kontrola PIP kończy się mandatem, bo zakres obowiązków pracodawcy i formalności, których musi codziennie dochować, jest tak duży, iż nietrudno o niedopatrzenia, szczególnie przy zatrudnianiu kilkunastu, a nawet kilku pracowników. Doszły mnie słuchy, że od chwili publikacji artykułu Okręgowe Inspektoraty PIP zasypano wnioskami zuli o udzielenie informacji, czy i jakie mandaty
w okresie ostatnich trzech lat otrzymała ich konkurencja.
Urzędy nie nadążały z wydawaniem zaświadczeń. Jeżeli zaświadczenie wykazywało mandat, a nie było o nim mowy we wcześniej złożonym JEDZ, dokument szybko trafiał do nadleśnictwa. Od tej chwil zaczynały się kłopoty firmy ukaranej mandatem. Nadleśnictwa wzywały do udzielenia wyjaśnień. Adresaci tłumaczyli okoliczności nałożenia mandatu oraz bronili się przed zarzutem celowego ukrycia w JEDZ informacji o ukaraniu. Niezależnie jednak od treści wyjaśnień, decyzje o odrzuceniu ofert były już przygotowane i obszernie uzasadnione. Słyszałem, że z powodu mandatów „upadały” wręcz całe przetargi, bo trzeba było wyeliminować konsorcja ze wszystkich pakietów. Wystarczył mandat u jednego z konsorcjantów, aby cała oferta przepadła.
Sytuacja ta miała dwojakie skutki. Bardzo surowo dotknęła niektóre firmy, tracące nawet do kilku wygranych. Z dzisiejszej perspektywy, kiedy koszty świadczenia usług znacząco wzrosły, paradoksalnie ta sytuacja może okazać się zbawienna. Wtedy jednak, czyli w grudniu, styczniu, czy lutym, wcale taką się nie jawiła. Z drugiej strony, beneficjentami kłopotów „mandatowych” zostawali ci, którzy po otwarciu ofert nie widzieli szans na wygraną.
Bezwzględnie wykorzystywali wiedzę nabytą w PIP przeciwko swoim konkurentom, aby na końcu wyprzedzić ich i uzyskać wymarzone zamówienie. Takie sprawy powoli trafiały na wokandę. Z mojej perspektywy wydawały się trudne, tym bardziej, iż uzasadnienia nadleśnictw w sprawie odrzucenia były, w sensie prawnym, dość przekonujące. Na pewno zapadły wyroki KIO potwierdzające to bezwzględne stanowisko.
Przy okazji warto wspomnieć, że w międzyczasie echem w prasie ogólnopolskiej odbiła się sprawa z branży kolejowej. Najtańsza oferta w przetargu na budowę torów wartym niemal 5 miliardów złotych (to nie pomyłka!) uległa dyskwalifikacji z powodu nieujawnienia kary środowiskowej w wysokości 15.000 złotych. Zamawiający musiał w ten sposób wybrać propozycję o kilkaset milionów droższą. Decyzja zamawiającego także zyskała akceptację KIO, co tylko wydawało się potwierdzać beznadziejną sytuację wykluczonych firm.
W takim oto stanie prawnym tkwiliśmy przez jakiś czas. Nie wymagałby on specjalnego podsumowania niniejszym artykułem, sytuacja jednak uległa zmianie i okazała się nie tak jednoznaczna, jak to się wydawało wielu zamawiającym i wielu wykonawcom. Niedawno zapadły bowiem co najmniej dwa wyroki, w których firma ukarana mandatem, a potem odrzuceniem ofert, przekonała KIO do swoich racji. Przebieg tych spraw znam na razie ze słyszenia i o ile mi wiadomo, odwołujący próbował iść w nich ścieżką nieproporcjonalności, skądinąd chyba najbardziej sensowną drogą obrony w tego typu sprawach.
Chodziło o pokazanie, że mandat w symbolicznej wysokości za błahe niedopatrzenia nie powinien skutkować pozbawieniem szans na zamówienie o dużej wartości. Problem polegał na tym, iż zgodnie z przepisami prawa zamówień publicznych, zasada proporcjonalności do kwestii samego mandatu ma zastosowanie, ale do kwestii nieujawnienia informacji o mandacie (czyli do jej ukrycia poprzez niewpisanie w JEDZ) już takiego zastosowania nie ma.
Okazuje się jednak, że Izba miewa na ten temat inne zdanie, czyli takie, które idzie bardziej w kierunku słusznościowym niż w kierunku bezwzględnej litery prawa. Przyznaję, że zaskoczyły mnie te orzeczenia, bowiem szanse na pozytywny rezultat dla odwołującego w takich sprawach oceniałem nisko i nie była to tylko moja ocena. Wspomniane wyroki są także zupełnie niezrozumiałe dla tych, którzy wcześniej przegrali swoje sprawy, albo tych, którzy po odrzuceniu w ogóle nie zdecydowali się na wniesienie odwołania.
Ja nie jestem w stanie takim osobom wytłumaczyć, dlaczego analogiczne sytuacje są wyrokowane skrajnie odmiennie, sam tego nie rozumiem. Sądzę, że będzie to jeszcze tematem wielu publikacji w prasie branżowej i dyskusji w prawniczych gronach. Ostatecznie jednak rozbieżności powodują, że kończę sezon przetargowy w stanie swoistego rozdwojenia. Wobec nieuchronnie zbliżających się kolejnych, jesiennych przetargów, trzeba z tej sytuacji jednak wyciągnąć pewne wnioski. Po pierwsze, dokładne gromadzenie informacji o mandatach w firmie, po drugie, wpisanie mandatów w JEDZ, po trzecie solidne samooczyszczenie szczególnie tych, którzy ucierpieli poprzez odrzucenie ich ofert. Muszą teraz umiejętnie wytłumaczyć się z podjętych środków naprawczych, a omawiane orzeczenia korzystne dla ukaranych firm powinny w tym nieco pomóc.



