















Strona główna » Artykuły » Aktualności » Kto za to zapłaci?
Autor: Rafał Jajor
Czy społeczeństwo rozumie, że będzie musiało zapłacić za utrzymanie rezerwatów, jeśli zredukujemy pozyskanie drewna?
Pod Józefowem na Lubelszczyźnie na początku maja spłonęło 1157 hektarów lasu, w tym 885 hektarów w zarządzie LP i 272 hektary lasów prywatnych. Ze względu na zniszczenia spowodowane wysoką temperaturą do usunięcia zakwalifikowano drzewa na 400 hektarach.
Pożar miał też bardziej tragiczne oblicze. Zginał pilot gaśniczego dromadera.
Dla porównania w Kuźni Raciborskiej w 1992 roku spłonęło ponad 9 tys. ha i zginęły trzy osoby: dwóch strażaków oraz jedna osoba postronna.
Przypadek sprawił (a może właśnie nie przypadek?), że na tydzień przed pożarem na portalu Firmylesne.pl można było przeczytać, iż powstawanie „megapożarów” lasów jest na całej Ziemi coraz częstszym zjawiskiem, które z wysokim prawdopodobieństwem może pojawić się również w Polsce. I się pojawiło.
Ale jest nadzieja, bo w tym samym tekście mówi się o wykorzystaniu w walce z pożarami najnowszych technologii, m.in. specjalnych czujników, kamer, satelitów, robotów i dronów.
Tymczasem administracja Donalda Trumpa żyje w innym świecie: amerykańska służba leśna zamyka właśnie 57 z 77 swoich placówek badawczych, z których wiele zajmowało się właśnie pożarami lasów.
Teraz o innej tragedii, która zdarzyła się już 5 lat temu, ale właśnie znalazła swój finał. W parku administrowanym przez nadleśnictwo drzewo zabiło 12-letnią dziewczynkę.
Po sądowej batalii prowadzonej przez rodziców za niedopełnienie obowiązków na rok więzienia skazany został miejscowy leśniczy. To on teoretycznie odpowiadał za ocenę stanu zdrowia drzew w parku, a sąd stwierdził, że to drzewo należało wcześniej wyciąć.
Przy okazji: a jak będzie w lasach o wiodącej funkcji społecznej wokół miast, gdzie lokalna społeczność domaga się zaprzestania jakichkolwiek prac leśnych?
Czy nie tak samo? Zdjęcie odpowiedzialności za takie wypadki z LP nie spowoduje przecież, że nie będą się zdarzać.
Także w tym kontekście ciekawa jest naukowa dyskusja, którą streścić można opisując poglądy dwóch profesorów: Kazimierza Rykowskiego i Jarosława Sochy.
Rykowski mówi tak: nie ma konieczności przebudowywać zamierających z powodu zmiany klimatu drzewostanów, bo intensywne cięcia i przygotowanie gleby może dodatkowo pogłębić skutki suszy, a wprowadzanie gatunków liściastych nie jest pewnym rozwiązaniem, bo one też przechodzą kryzys. Jego zdaniem przebudowa służy bardziej pozyskaniu surowca, niż poprawie odporności lasu.
Rykowski uważa, że lepszym rozwiązaniem jest podejście adaptacyjne, polegające na tym, że zaakceptujemy zamieranie drzew i nie będziemy z nim walczyć.
Socha natomiast mówi, że niereagowanie na zamieranie może skutkować jego większą skalą. Opowiada się za przebudową drzewostanów zwłaszcza sosnowych i świerkowych tam, gdzie gatunki te nie odpowiadają siedlisku.
W gospodarczych drzewostanach sosnowych rekomenduje wcześniejsze odnowienie, co pozwoli uniknąć konieczności stosowania później kilkudziesięciohektarowych zrębów sanitarnych.
Teraz już komentarz ode mnie: poza aspektem naukowym ważny jest tu też ten ekonomiczny. Czy będzie nas stać na utrzymanie „lasów-rezerwatów”, jeśli drastycznie obniżymy pozyskanie drewna?
Czy społeczeństwo rozumie, że będzie musiało za to zapłacić? Obawiam się, że jeszcze nie.
Na koniec o jeszcze jednej, ważnej sprawie: weszły konkursy na nadleśniczych. Nie pierwszy raz, zobaczymy, czy też nie pierwszy raz kolejna ekipa ich nie zniesie.
Ale póki co, dobrze się stało. Powoływać nadleśniczych warto merytorycznie, a nie z partyjnego klucza. Tylko aby to zadziało, to odwoływać trzeba ich tak samo – wyłącznie merytorycznie. A w to nie wierzę.



