















Strona główna » Artykuły » Leśny biznes pod górę
W Karkonoszach pozyskanie drewna wciąż częściej wymaga bardziej siły ludzi niż maszyn, a każdy dzień pracy w lesie to zmaganie ze stromymi stokami, pogodą i wymagającą górską rzeczywistością.
W Dobkowie, niewielkiej miejscowości położonej u stóp Karkonoszy, codzienność wyznacza teren – stromy, wymagający, nieprzewidywalny. Daniel Grzeszykowski prowadzi zakład usług leśnych, który od niemal 20 lat pracuje na terenie Leśnictwa Kaczorów i Półwieś.
To jeden z tych biznesów, gdzie czas odmierzają kolejne sezony w lesie. Ale praca w tak wymagającym, górskim terenie oznacza nie tylko ciężką fizyczną robotę, ale też codzienne mierzenie się ze stromiznami, pogodą i logistyką, której nie zna nizinny las.
– Praktycznie od początku jesteśmy w tym samym rejonie, tylko czasem dochodziły krótkie wyjazdy, jak brakowało pracy, ale zawsze wracaliśmy w te góry – opowiada Daniel Grzeszykowski.
Firma zaczynała skromnie – od jednej pilarki Husqvarna i ciągnika MTZ Belarus z wciągarką. Dziś to nowoczesny, choć niewielki ZUL, który rocznie pozyskuje około 8–9 tysięcy metrów sześciennych drewna i jednocześnie zajmuje się odnowieniami lasu.
W zulu pracuje w sumie 5 pracowników, w tym dwóch pilarz i zrywkarz. W szczycie sezonu wszyscy wykonują różne zadania, bo w górach nie ma miejsca na specjalizację w jednym kierunku. Na wiosnę wykonuje przygotowanie gleby i odnowienia, zimą, latem i jesienią skupia się na pozyskaniu drewna.
Praca w górach rządzi się swoimi prawami. Na nizinach maszyny mogą zastąpić większość pracy ręcznej. W Karkonoszach – tylko jej część. W praktyce zul Grzeszykowskiego wykorzystuje harwestera do pozyskania około 40 proc. drewna na terenie, gdzie ma zakontraktowane prace. Resztę zadań trzeba wykonać pilarzami. Często oznacza to pracę w miejscach, gdzie maszyna nie ma prawa wjazdu, a drzewo trzeba przygotować ręcznie na stoku.
Największym wyzwaniem jest oczywiście zrywka drewna. W górach często oznacza to pracę na granicy możliwości sprzętu i ludzi. W wielu miejscach materiał trzeba transportować nawet kilkaset metrów pod górę. Czasem trzeba zejść kilkadziesiąt metrów w dół tylko po to, by zaczepić ładunek i wyciągnąć go z powrotem.
– Od jednej strony mamy rzekę Bóbr, więc nie można nic robić w dół. Z drugiej strony są stoki, więc drewno trzeba wyciągać do góry. I to generuje dużo większe koszty i dużo większy wysiłek – opowiada Grzeszykowski.
Tam, gdzie nie da się dojechać, pozostają tylko kolejki linowe. Jedna z takich instalacji działa w rejonie Karkonoszy i pozwala wyciągać drewno z ekstremalnie stromych stoków.
– Inaczej by się nie dało. To jest ciężka robota, nie ma łatwego dojazdu. Wszystko trzeba wyciągać, nie ma dróg – podkreśla Grzeszykowski. Warunki pogodowe dodatkowo komplikują pracę. – Jak spadnie śnieg, to pierwsze dwa, trzy dni są trudne, ale zakładamy łańcuchy i jedziemy. Nikt nam przecież za przestój nie zapłaci – dodaje.
Warunki pracy wymuszają też szczególną dbałość o sprzęt i bezpieczeństwo. Buty muszą być idealnie dopasowane, odzież lekka, a każdy element wyposażenia dobrany do pracy w stromym terenie. Nawet niewielki błąd może skończyć się odciskami, kontuzją albo groźnym wypadkiem.
Najtrudniejsze jednak nie są maszyny ani pogoda, lecz sama przyroda. Wspomnienia z pracy pokazują, że w górach ryzyko jest codziennością.
– Bukowe gałęzie są bardzo kruche. W zeszłym roku jedna z takich przeleciała kilkadziesiąt metrów i trafiła pracownika w głowę. Pomimo założonego kasku doznał on wielu urazów głowy – opowiada.
Z biegiem lat firma przeszła dużą ewolucję. Zaczynali od jednej pilarki i starego ciągnika
z wciągarką. – Później dokupiliśmy drugiego Belarusa, przyczepę, forwardera, harwestera. Wszystko krok po kroku – wspomina właściciel górskiego zula.
Dziś park maszynowy obejmuje m.in. harwestera Timberjack 1270B, forwardera Timberjack 810B, ciągnik LKT 81 Turbo oraz cztery pilarki Stihl MS400.
Szczególnie ważny jest LKT, który pozwala na zrywkę z wykorzystaniem pilota.
– To jedna z najlepszych maszyn, jakie mamy. Oszczędza ludzi i czas. To, co kiedyś robiło dwóch pracowników, dziś robi jeden operator – słyszymy.
W trudnych warunkach liczy się sprzęt, ale jeszcze bardziej – ludzie i doświadczenie.
Grzeszykowski przyznaje, że praca w górach nie jest dla każdego.
– Trzeba mieć trochę odporności psychicznej i fizycznej. Inaczej się nie da, ale to nie jest monotonia. Każda górka jest inna, każdy stok inny. I to też daje coś takiego, że nie ma tu nudy – mówi.
Współpraca z nadleśnictwem układa się poprawnie, choć system przetargów budzi wątpliwości Pana Daniela. Dlatego czasami rysuje w głowie różne wersje przyszłości – nie tylko swojej firmy, ale całej branży.
– W tym momencie to, co się dzieje w Lasach, powoduje, że człowiek zaczyna myśleć o różnych scenariuszach. Nawet o przebranżowieniu. Bo nie wszystko jest przewidywalne – przyznaje.
Mimo to trudno nie zauważyć, że w jego opowieści praca w górach daje sporo satysfakcji. Widoki Karkonoszy, dolina Bobru i strome ściany lasu tworzą krajobraz, który trudno porównać z jakimkolwiek innym miejscem.
– Bo tu jest ciężko, ale jest też coś, czego nie ma nigdzie indziej – kończy.



